Zawsze jako mała dziewczynka powtarzałam sobie, że będąc humanistą moja przyszłość będzie związana z poezją, sztuką starymi książkami i nieustannym odwiedzaniem muzeów, albo innych wystaw. Będę chodzić do kina, teatru a potem pisać o tym długie eseje. Albo siedząc na przerwie i jako studentka czekając na następne zajęcia będę pisać wiersze obserwując z okna gołębie dokarmiane na chodniku przez ludzi. Albo będę gnać ze sztalugą przez miasto, okazjonalnie zatrzymując się przed jakimś pomnikiem , czy zapamiętując ciekawe miejsca obiecywać sobie, że po skończonych zajęciach w szkole wrócę tam żeby to wszystko namalować. Ale tak się nie stało. Na maturze wybrałam matematykę. Mimo, że wcale mnie nie fascynuje. Potem poszłam na studia informatyczne, gdzie jestem zmuszona uczyć się przedmiotu którego nienawidzę [ponieważ nie potrafię go pojąć] fizyki. Czemu byłam tak głupia zapytacie? Bo to jest głupie, albo nawet szalone. Studiować coś co sprawia problemy i czego się nie pojmuję? Historia jest dość zabawna. W ferworze całego mojego uwielbienia do humanizmu, poezji plastyki i fotografii, zawsze siedziałam przy komputerze. Pisałam na nim poezję, wypracowania i ładowałam do niego zdjęcia które zrobiłam, czy moje rysunki. Spędzałam przy nim więcej czasu niż przy nauce czegokolwiek.
Można by powiedzieć , że mój komputer stał się moim życiem. Wracając ze szkoły zawsze nie mogłam się doczekać kiedy przy nim usiądę. Kiedy wreszcie znów coś w nim zmienię, czy po raz kolejny rozparzę całą jego zawartość tylko po to by wszystko robić od nowa. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę zdolności, rozumienie fizyki, czy matematyczny umysł nie mają najmniejszego znaczenia. Człowiek powinien robić w życiu to co lubi i to co mu sprawia przyjemność. A ja właśnie to robię. I wtedy prze cierpienie fizyki wydaję mi się niską ceną za możliwość spełnienia swoich marzeń.